Blog
artretyzm sylwestra stallone
bronisław lemur
1 obserwujący 66 notek 12531 odsłon
bronisław lemur, 16 kwietnia 2017 r.

KWIATKOWSKI ŚMIGA PO WZGÓRZACH LIMBURGII

359 3 0 A A A

Dziś Amstel Gold. Pierwsza część odbywającego się - przeważnie na rowerach - trzyodcinkowego serialu przygodowego, zatytułowanego "Po bezdrożach Limburgii i Walonii, tulipanem z obu stron obsadzonych". Ale na początek taka smutna refleksja, dotycząca wydarzeń sprzed tygodnia ("Piekło pół nocy", jakby kto już nie pamiętał). Niestety, wyścigu nie udało się wygrać ani Czarnemu Piotrusiowi Saganowi, ani Zdeńkowi Stybarowi, a pierwszy na mecie był jakiś Belg czy Flamand. Wszystko jedno, bo człek cywilizowany nie powinien zawracać sobie różnicami występującymi pomiędzy różnymi plemionami dzikich. Niech tam sobie żyją jak chcą. W każdem bądź razie ja stawiałem na wyżej wymienionych Czechosłowaków, jednakowoż się omyliłem. Stybar przegrał finisz, a Sagan wcześniej zdefektował, jak to mu się ostatnio dość często przytrafia i w ogóle się nie liczył. Szkoda.

Pierwsza refleksja z dzisiejszej transmisji - Rafał Majka, co dziesięć minut, w przerwach transmisji reklamujący niemieckie garnki, dzięki którym pojedzie na TdF w roli lidera (dość) silnej ekipy. "Nazywam się tak-i-tak" - mówi nasz gwiazdor - "i zawsze używam wyrobów mojego sponsora. Szczególnie kiedy piekę kaczkę, raka albo gdy moja żona gotuje rosół". Czysty dramat, okraszony jednak niezłą dawką humoru, w postaci kompletnie drewnianej mowy oraz postawy wybitnego kolarza, który najwyraźniej przed kamerą czuje się tak jak ja na widowni w operze, czyli głupio i niepotrzebnie.  

Dziś jednak nie wiem na kogo postawić. Może Gilbert? Ostatnio mu się wiedzie. Albo Tim Wellens? Też mu się forma poprawia. A może stary poczciwy Valverde, ostatnio tryumfator etapówki dookoła Kraiku Basków? (taki wyścig wymyślony do tego, by stare, wyjeżdżone kolarze mogły go wygrywać). Niby się śmieję, ale Don Alejandro wciąż jeszcze bywa groźny, zwłaszcza gdy zażyje porządną dawkę viagry albo byczego moczu - w przeciwieństwie do Alberto Końtadora, któremu w jeździe na rowerze coraz częściej przeszkadzają pedały.

Trzydzieści siedem kilo przed metą, na podjeździe wyrwali się z głównej grupy ryzykanci. Wąskie, wsiowe dróżki, kręte, prowadzące pod górkę i z górki, sprzyjają takim akcjom. W sześciu się wyrwali, prowadzeni przez Gilberta z Quickstepa. Widać, że zwycięstwo w van Vlaanderen, w którym to klasyku Filip pokonał mistrza olimpijskiego (zapomniałem nazwiska), znacznie podbudowało jego wolę walki. Dziś, przed startem, z tej przyczyny wielu przepowiadało, że Gilbert może wygrać Amstel. Dziewięć kilo dalej, po dobrej, soczystej pogoni, zagapiony wcześniej Kwiatkowski dochodzi do czołówki. Widać, że jest w dobrej formie. Uciekinierzy robią wszystko, aby zgubić ich pościg w postaci Don Alejandra z Avermaetem i Wellensem, którzy męcząc się próbują ich dojechać. Zważywszy jednak że w czołówce znajdują się Pan Michał, jego przyboczny Henao, Gilbert i Albasini, którzy nieźle ze sobą współpracują, nikomu nie daję większych szans na ich doścignięcie. Ale niech próbują - najwyżej się  wychetają przed ostateczną walką na finiszu.

Sześć kilo przed metą Kwiatkowski i Gilbert postanowili zerwać się pozostałym uciekinierom. Po co mieli wieźć za sobą do mety szybkiego Albasiniego albo wypoczętego, wożącego się na końcu grupy Rojasa z Movistaru? Żeby ich na finiszu wyprzedzili? Urwali się na podjeździe, postanawiając rozstrzygnąć rzecz między sobą.  

Na finiszu Pan Michał się nieco pomylił. O włos. Trudno, tak się też zdarza. Zaatakował pięćdziesiąt metrów za wcześnie. Z Saganem w Sanremo się udało, z Gilbertem nie. Kwiatkowski próbował odstawić ten sam numer, czyli odpuścił Belga przed metą na trzy długości roweru i nagle wyskoczył zza jego pleców. Niestety - jak już napisałem - zrobił to ciut za wcześnie i nie starczyło sił. Gilbert cierpliwie wyczekał, doszedł Polaka i rozpędzony docisnął na samiuteńkiej końcówce. Doświadczenie wzięło górę i Philippe po raz czwarty wypił Amstela. Gratulacje, bo dobrze to rozegrał.

Jestem jednak pod wrażeniem sposobu, w jaki Kwiatkowski doszedł wcześniej do czołówki. Już się wydawało, że tegoroczny Amstel mu zupełnie ucieknie, ale Pan Michał nie w ciemię bity. Gdy zobaczył kto ucieka, zorientował się, że musi przeskoczyć do pierwszej grupy, ale nie pociągnął za sobą ani Avermaeta, ani Valverda, ani Wellensa. Depnął nagle i tyle go reszta widziała.

W środę, na Walońskiej Strzale, może być lepiej. Pan Michał umie wyciągać wnioski z porażek.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Sport