Blog
artretyzm sylwestra stallone
bronisław lemur
1 obserwujący 69 notek 12856 odsłon
bronisław lemur, 18 marca 2017 r.

EXEGI MNONUMENTUM (Tą razą Mediolan-Sanremo)

216 2 0 A A A

Dziś każdy zagorzały kolarzokibic zasiadł przed telewizorem ciut przed piętnastą, zobowiązując się trwać wedle ekranu kamieniem do siedemnastej albo i dłużej. A w trakcie tego trwania solennie spełniał obowiązek bezustannego gapienia się na wyścig zaliczany do wielkich, czyli „monumentalnych” klasyków – włoski Milano-San Remo. Prawie trzysta kilometrów na siodełku trzeba przesiedzieć, by go przejechać. Od samego patrzenia tyłek boli.

Kogóż to nie wskazywano jako zwycięzcę tegorocznej edycji? Łatwiej byłoby powiedzieć, kogo nie. Nawet Francuza Démarre'a z FDJ, który wygrał Milano-San Remo w zeszłym roku. A zrobił to w raczej nietypowy sposób, bo – gdy wyfiknął koziołka niedaleko przed metą – dowiózł się do czołówki na klamce samochodu swojej ekipy. Potem poszło mu już łatwo, gdyż w wyniku jazdy „na łebka” był najmniej zmęczony ze wszystkich walczących o triumf. Inni kolarze mówili, że widzieli jak Démarre oszukiwał, ale że nikt nie pokazał dowodów na taśmie, zwycięstwo Francuzowi zaliczono. Cóż, może to tylko złe ludzkie języki...

Wyścig jest stosunkowo płaski, ale męczący – nawet w oglądaniu. Trzeba się porządnie skupić, żeby oglądając pozornie monotonną jazdę kolarzy wyłapać to, co na trasie dzieje się ciekawego. A przecież się dzieje. I chociaż telewizyjny realizator robi wszystko, by widzowi przeszkodzić w analizie siły i taktyki ekip oraz ich liderów, zawsze – jak kto cierpliwy – już na wiele kilometry przed metą da się dostrzec,jakie kto będzie miał szanse na mecie.

Ja dziś od rana stawiałem na Sagana. Już od początku wyścigu Czarny Piotruś harcował nabuzowany po peletonie, w nieodłącznym towarzystwie Macieja Bodnara oraz swojego brata o mało istotnym imieniu. „Oho” – myślę sobie – „Sagan po wycofaniu się ze Strade Bianche i po odzyskaniu zdrowia i wiary w siebie na Tirreno-Adriatico, gdzie parę razy dał niezłe popisy, najwyraźniej ma ochotę zaliczyć sukces w San Remo. A dajże mu Panie Boże jak najlepiej! :) Gdy Sagan walczy o zwycięstwo, wyścig zawsze jest ciekawszy, bo Sagan wielkim kolarzem jest.

No i/albo na Michała Kwiatkowskiego stawiałem, który ma z Milano-San Remo rachunki zgoła niewyrównane. Musiał się z tego wyścigu dwa razy wycofywać, a w zeszłym roku, choć „po swojemu” zaatakował, nie dał rady i przegrał. Stanowczo był zbyt słaby, zaatakował zbyt wcześnie, by we właściwym sobie stylu postawić kropkę nad i. Trzeba też pamiętać, że oficjalnym liderem teamu Sky na tym wyścigu, pierwszym na liście przed Kwiatkowskim, był Elia Viviani. Cóż... Ja mu tam szans żadnych nie dawałem, ale skoro Sky tak zdecydował, znaczyło to, że Viviani przewidziany jest na ewentualność finiszu sprinterskiego z dużej grupy, a Kwiatkowski – jeśli będzie w formie – do wcześniejszego odjazdu i samotnego finiszu.

Trzecim moim małym faworytem, na którego czasem stawiam, jest Julian Alaphilippe z Quick Stepa, ale on również umiejscowiony został na liście swojej drużyny na drugim miejscu, za leciwym Tomem Boonenem. To taki sam typ jak Kwiatkowski, więc gdyby tak zabrali się razem w odjazd, na przykład zaatakowawszy znienacka na zjeździe z Poggio, mogliby mieć szansę.

Jednakowoż z monumentalnymi klasykami kolarstwa jest tak, że jadą w nich najlepsi i zawsze bardzo trudno jest wytypować zwycięzcę. Za dużo szybkich, głodnych sukcesu chartów ściga się w tych prestiżowych wyścigach. Gdy tak się dzieje, decyduje dyspozycja dnia, czyli czy noga kolarza podaje wystarczającą moc na pedał, czy też nie podaje. No i głowa – drugi najważniejszy w każdym sporcie czynnik. Tak też i było w tegorocznym Milano-Sanremo.


Wszystko co napisałem powyżej, pisałem przed podjazdem na Cipressę, pierwszą z dwóch poważnych górek tuż przed metą. A przed podjazdem na nią, Sagan wymieniał poglądy z Kwiatkowskim. Pewnie po słowiańsku, żeby inni nie zrozumieli. Pomyślałem, że się chłopcy dogadują co do taktyki. Na Cipressie poszła ostra selekcja, potem druga na Poggio. I co się stało na szczycie Poggio? To, co napisałem powyżej. Skoczył pierwszy Sagan, za nim Alaphilippe i Kwiatkowski. Takich trzech, że we czterech mogliby zdobyć Everest bez tlenu. Nie dali nikomu szansy. Na zjeździe z Poggio Sagan szedł pierwszy, jak burza, a Pan Michał mądrze zamykał grupkę. Wszyscy trzej to wybitni technicy, więc zjeżdżając zarobili nad peletonem 17 sekund. Reszta stawki, wiedząc kto, a zwłaszcza jak atakuje, musiała odpuścić. Finisz należał do Kwiatkowskiego i Sagana. Młody Julek też bardzo zasłużenie zajął miejsce na pudle – wiedział z kim skoczyć i kiedy. Też się napracował. Wygrał o włos Michał Kwiatkowski. Pierwszy Polak, który wziął włoski „monument”.

To jest COŚ. Duże COŚ.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale Sport